Nic dziwnego w dziwonii

Dziwonię udało mi się wypatrzeć tylko trzy razy w życiu. Dwa razy z dość znacznej odległości, przez lornetkę, a ostatnim razem z bliska. Tym razem to dziwonia wypatrzyła mnie. Samczyk (czerwona głowa i podgardle), któremu najprawdopodobniej nie spodobało się, że na jego terytorium polowałem z aparatem na kaczki, wyskoczył z krzaków, nabrał powietrza w płuca i zaczął mi nadawać nad uchem: „tji-tjitju, tji-tjitju”… Pewnie o tym, że to on jest szefem okolicy i żebym spadał. Długo nie wytrzymałem i wcisnąłem spust migawki. Niestety, czmychnął po pierwszym „strzale”. I gdyby ktoś z Państwa zaczął zastanawiać się nad nazwą ptaszka: „dziwonia” i nad tym, co dziwnego jest w dziwonii, odpowiadam, że… NIC! Tym bardziej że tak na pierwszy rzut oka samiczka tego gatunku niczym nie różni się od szarego, pospolitego wróbla. Piotrek