Spotkanie z makolągwami

Za ptakami uganiam się, odkąd pamiętam. Ale po raz pierwszy przytrafiło mi się, aby to one zaczęły uganiać się za mną. Dwa tygodnie temu parka makolągw usiadła na gałązce brzozy, która kładzie się wprost na okno mojego pokoju. Powinienem zresztą napisać, że się rozsiadła, a nie – usiadła. I to na dobre. Widuję makolągwy codziennie. To samiczka jest prowodyrką naszych spotkań. To ona ochoczo wydaje z siebie takie piękne, nosowe, przeciągłe dźwięki. I przez to czasami czuję (troszkę samolubnie) – że ona śpiewa specjalnie dla mnie! Ale… nie mam się co oszukiwać. Prawda jest z pewnością taka, że stara się ciągnąć za sobą samca (choćby i za uszy). Ale on jest, niestety, jakiś nieobecny, wycofany. Z tą swoją czerwoną piersią i brązowymi skrzydłami pokornie tylko spuszcza szary łeb w dół i… jakby żył w innym świecie. Może jest zakochany w innej? Piotrek