Latający pies

„Sonia! Sonieczka!” – pan Leszek, mieszkaniec łódzkiego Julianowa, odwraca się, aby przywołać swojego miniaturowego sznaucerka. A tu (!)  na początku szok, potem niedowierzanie… Sonia lata! Fruwa (!) jak ptak. Co prawda tylko na wysokości oczu pana Leszka, który od razu też tak jak ptak zaczął machać rękoma i krzyczeć!!! Sonia spada na ziemię. To ze szponów wypuściła ją sowa… Puszczyk. Bo Julianów, tuż przy ruchliwej drodze na Zgierz, okazuje się miejscem, w którym już od lat lęgną się puszczyki. W złamanym drzewie jest dziupla. W styczniu, w lutym, przy odrobinie szczęścia można w niej zobaczyć przyszłych rodziców. A już w marcu z pniaka – od góry, jak z komina – zaczynają wychodzić puchate kulki. Po dwóch miesiącach od zdarzenia pan Leszek poszedł z Sonią do psiego fryzjera. Gdy właścicielka zakładu zaczęła golić suczkę, złapała się za głowę i cisnęła gromy: „Jezu! Co pan żeś jej robił?!”. Okazało się, że Sonia miała po lewej i prawej stronie tułowia dziury. Po szponach. Piotrek