Dokładnie o siódmej nad ranem wynurzył się z Pilicy ten pierwszy bóbr, po niespełna minucie drugi i równo po upływie kolejnej pojawił się trzeci. Miałem nadzieję, że może czwarty wypłynie jeszcze o siódmej z trzema minutami, ale niestety – do trzech razy sztuka. Bobry popiszczały i na chwilkę zeszły pod wodę, bo już po paru sekundach widziałem, jak każdy z futrzaków trzymał w łapach badyla i obgryzał korę. Później to już czas się dla mnie zatrzymał – gapiłem się na nie przez godzinę. Aż w końcu plusk! – i tyle. Piotrek