Był ogromny. Na tyle wielki, że nawet najsilniejszy zabijaka w mieście, który go sobie upolował, nie miał siły na ciągły, nieprzerwany lot z taaakim balastem w szponach. Ów balast – martwy już miejski gołąb wykarmiony najpewniej na czerstwych bułkach i bochenkach chleba dobrotliwych łodzian – był co kilkanaście metrów upuszczany przez krogulca na płyty chodnikowe przy ulicy Śląskiej. Skrzydlaty drapieżnik, nie mogąc poradzić sobie z ciężarem, częściej ciągnął ofiarę po ziemi jak wilk… Oprawcy słynącemu z – można powiedzieć – ptasiej impertynencji i bezwzględności nie przeszkadzali w tych poczynaniach świadkowie: ani kierowcy samochodów przejeżdżających non stop tuż obok, ani rowerzyści, ani przechodnie. Nie przeszkadzałem mu również JA, gdy cykałem te zdjęcia „małpką” – malutkim, w pełni zautomatyzowanym aparatem z jednym przyciskiem, który zawsze noszę w kieszeni. Na wszelki wypadek… Piotrek